Categories:

Sobota, 6 marca, Boszkowo

          Z Gosią nic nie jest oczywiste… Obiecywane „Poranne Espresso”, na które zerwałyśmy się o 7 rano, mając nadzieję na parującą filiżankę pachnącego eliksiru okazało się… Sesją medytacji METTA z sesją oddechową Wima Hofa i 8 Aksamitnymi ruchami P’ALDANGONG… Nieco zaskoczone i oszołomione nawet nie zauważyłyśmy kiedy z tego Espresso przeszłyśmy do Danda jogi z kijami, pomimo, że Pan z korbką, mający rozszerzyć nam przestrzeń nie dotarł, a raczej dotarł, ale uciekł w popłochu na widok 24 kobiet z kijami, krzyczącymi: HA! HA! HA! 😀 Zanim zdążyłyśmy się pozbierać po tych kijach, Gosia nas spacyfikowała krótkim relaksikiem i wysłała na śniadanie (na którym obżarłam się haniebnie, bo przecież byłam już po półtorej godzinie dychania, machania kijami i wydawania okrzyków wojennych, oraz wykonywania gestów normalnie uznawanych za zaczepno-obronne, więc stwierdziłam, że mi się należy, a poza tym teraz będzie już luzik…)

Po śniadaniu wykład nt. Witalnego stylu życia, a zaraz potem… Morsowanko w lodowatych wodach jeziora Dominickiego. Na fali Gosinego entuzjazmu i pokijennych endorfin, oraz świeżo przyjętych kalorii, podjęłam heroiczną decyzję i w kostiumie kąpielowym, w podmuchach arktycznego wiatru wkroczyłam w jezioro… Ludzie!… Niesione wiatrem fale w temperaturze bliskiej zeru uderzały w moje piszczele, zamrażając wszystko po kolei: skórę, ścięgna i kości… Do upragnionej głębiny ciągle pozostawał jakiś kilometr, więc po kilkunastu metrach zawróciłam i salwowałam się ucieczką, która wcale nie była łatwiejsza niż marsz w głębinę… Na szczęście w hotelu czekała rozgrzana sauna, w której nastąpił upragniony relaks… Ale co to? Dziewczyny coś mówią, że czas na obiad? Jak to? Już??? Kiedy minęło pół dnia??? Jeszcze wcale nie czuję głodu, ale idę, ciekawe co podadzą… Podają pyszności! Zupa-krem, gołąbki z kaszą i pomidorami… No co zrobić? Pożeram wszystko ze smakiem, najwyraźniej jednak zgłodniałam… Obżarta jak bąk udaję się na koncert PRAHUMIRY. Kasia i Mieszko grają i śpiewają anielsko, niesamowite, zupełnie nieziemskie dźwięki kryształowej harfy i handpanu wysyłają mnie w podróż gdzieś daleko, daleko… Budzi mnie cisza i chrapanie co najmniej połowy „widowni”. Muzycy zamiast się obrazić szczerzą zęby… Zupełnie jestem skołowana… Kasia pozwala mi „pobrzdąkać” na kryształowej harfie (cudowna, ja też chcę kryształową harfęęęęę!!!), Mieszko pozwala postukać w handpan, ale nie udaje mi się wydobyć z niego nawet jednego Mieszkowego dźwięku… Może i lepiej, jakbym jeszcze zaczęła w domu jęczeć o handpan… Nie ma czasu na dywagacje, Gosia wzywa na matę i, po tym całym relaksie, funduje nam… Godzinę jogi witalnej. Kończy oczywiście relaksikiem, po którym czas na… Kolację! Jak to? Już? Nie dam rady nic więcej zjeść! Ale co to? Krem z buraków? Mniam, mniam, pychotka… Zapiekane papryki z warzywami? Mniam, mniam… W efekcie wytaczam się z restauracji i marzę już tylko o trawiennym spacerze brzegiem szumiącego jeziora. Po powrocie joga NIDRA i znowu odpływam w zaświaty… Niestety, Gosia każe wracać i nie ma dyskusji… Niby „kiedy będziesz gotowa” ale… „Wróć do sali!”. Półprzytomna czekam na kolejne polecenie, kolejną sesję oddechową, kolejną jogę witalną… Ale nie! Gosia uśmiecha się promiennie (jak to ona) i czule życzy nam dobrej nocy! Wlokę się do pokoju i padam na łóżko. Mózg nie dowierza: spać? Nie spać? Oto jest pytanie…

Niedziela, 7 marca, wieczór, dom

          No i wróciłam z Gosinych Warsztatów. Nie mogę się odnaleźć… Chyba zaginęłam gdzieś w zakątkach mojego coraz bardziej komplikującego się wnętrza. A ja naiwna myślałam, że będzie coraz prościej, łatwiej i przyjemniej…

Tags:

No responses yet

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.